12. Dlatego i Jezus, aby uświęcić lud własną krwią, cierpiał poza bramą, 13. Wyjdźmy więc do niego poza obóz, znosząc pohańbienie jego. 14. Albowiem nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego szukamy. (Hbr 13,12-14)

26 grudnia 2004 roku pod dnem Oceanu Indyjskiego nastąpiło trzęsienie ziemi. W jego następstwie fale tsunami, które dotarły do wybrzeży Indonezji, Azji Południowo-Wschodniej, a później także Afryki, zabiły co najmniej 230 tysięcy osób. 7 lat później, w 2011 roku podobna tragedia spotkała Japonię, gdzie FALE TSUNAMI ZABIŁY ponad 11 tysięcy osób. Dziś przez Europę i świat przetacza się fala pandemii. I jak podczas przerażających tragedii sprzed lat, tak i dzisiaj stawiane są podobne pytania. Wielu ludziom wierzącym spędzają sen z powiek.

Pierwsze z nich brzmi: dlaczego Bóg do tego dopuszcza? Za nim kroczą kolejne: Dlaczego nie słyszymy Bożego głosu? Jak Boga odnaleźć w takim doświadczeniu? I zawsze, gdy jedni dziękują za boską opatrzność i ratunek, a nawet cud… inni opłakują tych, którzy ratunku nie otrzymali. Nieuchronnie pytają więc: dlaczego? W czym zawiniłam, zawiniłem? Dlaczego Bóg się ode mnie odwrócił, a kogoś innego uratował?

Niestety bywa, że chrześcijanie ulegają pokusie udzielenia prostej odpowiedzi, i w odruchu – nie wiem, desperacji, bezradności, oby – nie poczucia wyższości – mówią: – To Boży sąd! Boża kara za ludzki grzech! Chciałoby się wtedy krzyknąć: – NIE! Tak nie można! Zwłaszcza dziś w niedzielę Judica, której hasło brzmi „Bądź sędzią moim, Boże”, trzeba wyraźnie podkreślić – sąd nad ludzkim grzechem już się odbył! Kara została poniesiona. Spójrzcie „za bramę” – jaki pisze autor listu do Hebrajczyków, tam jest krzyż, tam cierpi Jezus Chrystus, przypatrzcie mu się, a wszystko stanie się jasne. „Boży sąd” to ponad wszystko zbawienie i odkupienie.

Wiele osób doświadcza pokusy, by w obliczu niezwykle skomplikowanej rzeczywistości być absolutnie przekonanym, że rozumieją, jak działa świat. A my, wierzący, często chcemy jeszcze wiedzieć, co myśli Bóg, jak postąpiłby Jezus, jak rozwiązałby problem! Często, niestety, są stosowne drogi na skróty. Sam znam mnóstwo gotowych rozwiązań, które zwykle mają to do siebie, że łatwiej zaleca się je innym, niż sobie. Wiele sprowadza się do stwierdzeń: „Bóg Cię doświadcza, musisz wziąć na siebie ten krzyż…”. „Bóg Cię wychowuje, nawróć się, ponieważ jesteś karcony za grzech…”. I już mogę mieć przekonanie, że jestem niemal „głosem wołającym w puszczy” i już… bywam w błędzie. Łatwo jest wziąć do ręki Biblię, zacytować komuś stosowny werset i zdobyć przekonanie: – Mam to, wiem w czym rzecz, rozumiem! Mogę udzielać dobrych rad. A potem nieraz się okazuje, że jednak nie rozumiałem.

Nie chcę powiedzieć, że nigdy nie jesteśmy w stanie pojąć skomplikowanej natury człowieka, wiary, świata, relacji z Bogiem. Nie twierdzę też, że przez różnego rodzaju doświadczenia, Bóg nie chce do nas przemówić. Mam tylko refleksję, że kluczem do zrozumienia, do usłyszenia głosu Boga, powinna być pokora wobec Stwórcy i ludzkich doświadczeń.

Kiedy zostajemy dotknięci katastrofą, prędzej czy później pojawiają się relacje o cudzie ocalenia. To przepiękne świadectwa. Po tsunami 2004 roku powstał nawet film pt. „Niemożliwe” o cudownym ocaleniu całej rodziny. Oglądałem go i łzy cisnęły mi się do oczu, na widok niesamowitego cudu, w który trudno byłoby uwierzyć, gdyby nie wydarzył się naprawdę. Czytałem też o jednym z lokalnych zborów chrześcijańskich, którego członkowie w dniu tragedii zaplanowali nabożeństwo w plenerze, na wzgórzu, i dzięki temu uniknęli śmierci, gdy fala uderzyła. Ksiądz oświadczył, że to Bóg ich uratował.

Naprawdę wzruszające i nie ma w tym cienia sarkazmu. Ale jak cierń kłują kolejne pytania: dlaczego Bóg miałby jednych ratować, a innych nie? Czy nie wszyscy są jego stworzeniami? Czy możemy zyskać względy Boga oddając Mu cześć lub wierząc w Niego? Powiem szczerze: podział na my i oniBóg z nami, a nie z nimi, szczególnie w takich sytuacjach, to dla mnie jedna z najbardziej odpychających myśli…

Nie wiem, czego obecna sytuacja ma nas nauczyć. Jestem jednak przekonany, że warto ją wykorzystać, aby pośród lęków i rodzących się pytań, przemyśleć jeszcze raz swoje wyobrażenia o Bogu… Zapytać siebie samego: czy nie powielam jakichś przesądów lub ideologii, które nie tylko uwłaczają rozumowi współczesnego człowieka, ale też są obrazą dla Boga? Boga, który jest miłością, który sam się ofiarował dla nas, zrobił wszystko, aby nas uratować przed śmiercią. Pozwolił, by jego Syn został odrzucony i cierpiał poza bramą ludzkich uprzedzeń, lęków i wszelkiego rodzaju fobii.

Pomyślmy – a co, jeśli Boga możemy znaleźć we wszystkim, co nas dotyka i co przeżywamy? Jeśli w jakiś niepojęty przez nas sposób Bóg podtrzymuje wszystko, co nas otacza? Co, jeśli w nieskończenie skomplikowanym świecie, w sieci okrywanych przez nas życiowych zależności i połączeń, jest właśnie ON – w łańcuchu życia i śmierci, w budowaniu i upadku, w nieskończonej wspaniałości i grozie świata, który wciąż tak mało rozumiemy. Możemy go odnaleźć w naszej wiedzy i niewiedzy. I tak! W zdrowiu i chorobie, w wietrze i w burzy, w doświadczeniu tsunami i epidemii, w ofiarach i w ocalonych, w płaczących i cieszących się.

Jak opisać tę głębię Boga? Jak zrozumieć Jego działanie? Może pierwszym krokiem, powinna być pokora i przyznanie: – Nie wiem! Nie wiem, dlaczego przeżywam, to, co przeżywam, nie wiem czego mam się nauczyć, oprócz tego, że życie bywa bardzo kruche. Nie wiem, ale ufam, że Bóg wie. Czasem przyznanie „nie wiem”, nie jest zwątpieniem, ale wyznaniem głębokiej wiary.

To niezwykłe, ale hasłem, które w naszym Kościele zostało już dawno temu wybrane na 2020 rok, jest cytat z Ewangelii Marka. Są to słowa ojca, który przyprowadził do Jezusa chorego syna. Gdy Zbawiciel stwierdził, że dla wierzącego wszystko jest możliwe, on z pokorą wyznał „Wierzę, (ale) pomóż niedowiarstwu memu.”  I być może taka czasem też bywa odpowiedź wiary. – Nie wiem! Wierzę! Pomóż, Boże, memu niedowiarstwu. Staram się działać, ale bywam słaby…

Są takie wydarzenia i tak złożona natura świata…, że – jako duchowny – muszę czasem stanąć przed Wami, siostry i bracia, przed Bogiem i przed sobą, i przyznać, że nie ma TU gotowych odpowiedzi, pięknie owiniętych biblijnymi wersetami, niczym świątecznym papierem do pakowania prezentów.

Ale może wcale nie zawsze o zwykłe odpowiedzi chodzi, lecz o wiarę, o to, żebyśmy RAZEM stanęli, w poczuciu wspólnoty i odpowiedzialności za siebie nawzajem. RAZEM modlili się o mądrość oraz nowe możliwości myślenia o Bogu… O pokój, który przewyższa ludzki rozum. RAZEM szukali Boga w doświadczeniach, które przytłaczają…  RAZEM wychodzili poza bramę utartych odpowiedzi, schematów myślowych, stereotypów, aby tam spotkać Chrystusa, wyznać mu i poprosić: „Wierzę, pomóż niedowiarstwu memu…”

Właśnie tam, poza „symboliczną bramą”, gdzie Chrystus, gdzie krzyż, gdzie człowiek potrzebujący pomocy, gdzie bliźni:

budzi się NADZIEJA, która pokona każdy lęk,
rośnie SIŁA, która potrafi nadstawić drugi policzek,
powstaje się RADOŚĆ, która skruszy najtwardszą skorupę smutku,
rodzi się ŻYCIE, które nigdy nie się kończy,
a wszystko obejmuje MIŁOŚĆ, która, jak zaświadcza apostoł Paweł:

„Wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy,
wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi.
Miłość, która nigdy nie ustaje…” (1 Kor 13).